Nieważne, ile potraw znajdzie się dziś na stole i ile centymetrów ma choinka.
Spędźmy te Święta tak, jak chcemy, jak czujemy, a magiczną atmosferę tego wieczoru zachowajmy w sobie na cały przyszły rok, bo każdy dzień jest świętem.
Wesołych!


Ciasto drożdżowe z żurawiną

Składniki:
ciasto
3 i 1/2 szklanki mąki
2 łyżeczki suszonych drożdży
1/3 szklanki cukru
1/3 szklanki oleju
1 szklanka mleka roślinnego
szczypta soli

nadzienie
150 g świeżej żurawiny
garść rodzynek
garść suszonej żurawiny
1/4 szklanki cukru
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki imbiru
1/4 łyżeczki zmielonych goździków
kilka łyżek rumu
1/4 szklanki wody
50 g gorzkiej czekolady

Do miski przesiać mąkę, wymieszać z drożdżami, cukrem i solą. Wlać olej oraz mleko i wyrobić gładkie ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na około 1,5 godziny.

W międzyczasie do garnka włożyć żurawinę świeżą, suszoną, rodzynki, cukier i przyprawy. Wlać wodę i gotować, aż żurawina zmięknie. Na koniec dodać rum, jeszcze chwilkę pogotować i odstawić do przestygnięcia.

Czekoladę drobno posiekać.

Wyrośnięte ciasto ponownie krótko wyrobić i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 x 50 cm. Równomiernie rozsmarować na nim żurawinowe nadzienie, pozostawiając brzegi nieposmarowane. Posypać posiekaną czekoladą. Zwinąć w roladę wzdłuż dłuższego boku. Przekroić wzdłuż na pół i spleść ze sobą powstałe części. Mniej więcej tak, jak pokazano tutaj (klik), tyle że nie zawijać na koniec w koło.
Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia keksówki o długości 25 cm i pozostawić na pół godziny do wyrośnięcia.

Piec około 40-50 minut w 180 stopniach.

Na postawie tego przepisu




Grudzień ma w sobie tyle uśmiechu, kolorowych lampek i niespodzianek. I nawet nie przeszkadza mi za bardzo tłum ludzi w sklepach i fakt, że trzeba pamiętać o rękawiczkach. Pomyśleć, że dokładnie rok temu zwiedzałam świąteczny jarmark, ciągnący się wzdłuż Pól Elizejskich i pijąc grzane wino, ze wzgórza Montmartre podziwiałam panoramę Paryża, zaś świat wydał mi się niesamowicie piękny, zapewne nie tylko za sprawą wina.


Grudzień, jak żaden inny miesiąc, kojarzy mi się z pieczeniem. Sprawia, że mam ochotę upiec wszystko - kruche ciasteczka z kolorowym lukrem, pierniczki w pięciu rodzajach, ciasta pełne bakalii, maku i korzennych przypraw.
Dokupuję daktyle, suszone śliwki i pudełeczko świeżej żurawiny. Pan przy kasie okiem eksperta bada moje zakupy i wyrokuje: Będą wypieki. Gratuluję mu trafnego spostrzeżenia, a on dodaje:
- A bo jestem z wykształcenia cukiernikiem.
Na co odpowiadam bez namysłu:
- A ja z zamiłowania.


Ciasto żurawinowo-pomarańczowe

Składniki:
500 g mąki
270 g brązowego cukru
2 płaskie łyżeczki sody
szczypta soli
140 g oleju
1 duża pomarańcza (sok + otarta skórka)
1 szklanka mleka roślinnego
2 łyżki octu jabłkowego
1 łyżeczka cynamonu
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 łyżeczki mielonych goździków
szczypta mielonej gałki muszkatołowej
200 g świeżej żurawiny

Mąkę przesiać przez sitko razem z sodą. Dodać cukier, sól, cynamon, imbir, goździki, gałkę muszkatołową i wymieszać.

W osobnym naczyniu połączyć (najlepiej za pomocą trzepaczki) olej, sok, skórkę z pomarańczy, mleko i ocet jabłkowy.

Zawartość obu naczyń dobrze wymieszać, dodać świeżą żurawinę i wymieszać ponownie. Jeśli ciasto będzie zbyt zwarte, można dodać jeszcze odrobinę mleka.

Formę o średnicy 26 cm posmarować olejem, wysypać drobno zmielonymi otrębami i wyłożyć do niej ciasto.

Piec około godziny w 180 stopniach, do suchego patyczka.

Kroić po całkowitym wystudzeniu. Najlepiej smakuje na drugi dzień. Albo nawet na trzeci :).





Lubię te dni, kiedy zmarznięte dłonie ogrzewa się przy kominku, gotuje się herbatę z dużą ilością plasterków świeżego imbiru, a na obiad najlepiej sprawdza się gulasz, dający ciepło od wewnątrz. Błogosławię Chińczyków za przemianę metalu i dorzucam więcej kolendry, imbiru i chili. I jarmużu, bo to jedyne warzywo, które rośnie jeszcze w ogrodzie. Nie ukrywam, że ja i jarmuż to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale jakoś się docieramy. Wiem, że lubi się z dynią i strączkami. I że miska takiego gulaszu jest dokładnie tym, czego trzeba zimą.


Jako dodatek polecam bezglutenowe naleśniki z mąki ciecierzycowej, będące cieńszą wersją ciecierzycowego placka, który pojawił się jakiś czas temu na blogu (klik). Mają oryginalny posmak, są delikatne, z chrupiącymi brzegami i pasują idealnie do wszystkich wytrawnych dań.

Gulasz z dyni, czarnej soczewicy i jarmużu

Składniki:
1/2 dyni hokkaido
1/2 szklanka czarnej soczewicy
kilka dużych liści jarmużu
1 szalotka
1/2 łyżeczki mielonego kminku
1/2 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
szczypta chili
szczypta gałki muszkatołowej
sól
1 łyżka oliwy

Soczewicę ugotować zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Dynię obrać i pokroić w kostkę. Szalotkę drobno posiekać. Do garnka wlać oliwę, dodać szalotkę i zeszklić. Dodać dynię, podlać lekko wodą i dusić, aż dynia będzie miękka.

Dodać ugotowaną soczewicę i poszarpane na niewielkie kawałki liście jarmużu (bez najgrubszego nerwu). Doprawić kminkiem, kuminem, imbirem, kolendrą, chili, gałką muszkatołową i solą.


Naleśniki ciecierzycowe

Składniki:
1 i 1/2 szklanki mąki z ciecierzycy
1 i 3/4 szklanki wody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka płatków chili
olej do smażenia

Do miski wsypać mąkę, wymieszać z solą i płatkami chili. Dodać wodę i energicznie mieszać trzepaczką, aż masa będzie idealnie gładka. Jeśli ciasto będzie za gęste, dodać trochę więcej wody.

Patelnie rozgrzać i delikatnie natłuścić olejem, najlepiej przy pomocy ręcznika papierowego. Wylewać chochelką porcje ciasta, równo rozprowadzając po patelni. Smażyć z obu stron, aż lekko się zrumienią.





Podziwiam artystów, którzy pewnym pociągnięciem pędzla przelewają swoje emocje na płótno, zapisują je w postaci nut lub wykańczają dania, pęsetą układając na nich kwiaty. Artystów, którzy mają więcej pomysłów niż warstw w mille feuille i humor w tonacji a-moll. Zastanawiam się, kto tak pięknie puścił ich wyobraźnię w ruch i która wersja "Nenufarów" podobała się Monetowi najbardziej. Nie mam w ogrodzie lilii wodnych, ale mam dynię i szałwię - wystarczą jako wstęp do jesiennej impresji na talerzu.


Smażone kopytka z dynią i kurkami

Składniki:
kopytka
1 kg ziemniaków
2 szklanki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
sól
olej do smażenia

dodatkowo
pół małej dyni (najlepiej hokkaido)
150 g kurek
1 cebula szalotka
listki szałwii
pieprz
sól
oliwa

Ziemniaki ugotować w mundurkach, po czym obrać. Póki są ciepłe, przecisnąć przez praskę i pozostawić do całkowitego wystudzenia. Dodać mąki, sól i wyrobić gładkie ciasto (w razie potrzeby dodać więcej mąki pszennej).
Z ciasta formować wałeczki, spłaszczać i kroić pod lekkim skosem, aby powstały kopytka.
Gotować w osolonej wodzie, kilka minut od wypłynięcia. Odcedzić.

Dynię najlepiej upiec wcześniej w piekarniku. W tym celu przekroić ją na ćwiartki (nie obierać), skropić oliwą, posypać solą i pieprzem i piec w temperaturze 220 stopni, aż zmięknie (około 40 minut). Po wystudzeniu obrać i pokroić na plasterki.
Można również obrać ją ze skórki, pokroić na plasterki, podsmażyć na oliwie, podlać delikatnie wodą i dusić w rondelku około 15 minut (do duszenia najlepsza będzie dynia hokkaido, ponieważ się nie rozpada podczas gotowania).

Na patelni rozgrzać łyżkę oliwy. Szalotkę drobno posiekać, wrzucić na patelnię i zeszklić. Dodać kurki, doprawić solą i pieprzem, podsmażyć.

Na drugiej patelni również rozgrzać łyżkę oliwy, wrzucić listki szałwii i smażyć przez minutę, cały czas mieszając, aż staną się sztywne i chrupiące.

Ugotowane i lekko przestudzone kopytka podsmażyć na patelni, aż się zrumienią (mogą pryskać!). Przełożyć na talerz, na wierzchu ułożyć dynię, kurki i uprażone listki szałwii. Posypać świeżo zmielonym pieprzem i podawać.





Kiedyś zanurzyliśmy palce w farbach plakatowych i postanowiliśmy namalować szczęście. Niecałe dwie godziny później podziwialiśmy swoje umazane po łokcie ręce, idealnie komponującą się z kolorem skóry czerwono-zielono-niebieską mozaikę, choć zdecydowanie większy zachwyt wzbudzało to, co powstało na papierze. Tak, stworzyliśmy szczęście w zaledwie dwie godziny.

Kiedyś zanurzyłam ręce w misce z mlekiem oraz mąką i postanowiłam zrobić ciasto. Niecałe dziesięć minut później podziwiałam swoje oblepione ciastem ręce, a dwie godziny później mój zachwyt wzbudziło to, co wyszło z piekarnika. Tak, znów stworzyłam szczęście w zaledwie dwie godziny.

Dziś nasz pierwszy obraz stoi za szafą, bo powstało po nim kilka kolejnych, które lepiej prezentują się na ścianie. Po co malowaliśmy kolejne, skoro mieliśmy już nasze szczęście? Bo malowanie to szczęście.

Dziś po tamtym cieście pozostało tylko wspomnienie. Dlaczego piekę kolejne? Bo pieczenie to szczęście.


Ciasto dyniowe z kremem kokosowym

Składniki:
200 g surowej dyni
200 g mąki
150 ml oleju
1 szklanka brązowego cukru
50 g wiórków kokosowych
50 g orzechów włoskich, posiekanych
3 łyżki mielonego siemienia lnianego
1 łyżeczka sody
szczypta soli
3/4 szklanki wody

krem
1 puszka mleka kokosowego, schłodzonego w lodówce minimum 24 godziny
2 łyżki cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub pasty z nasion wanilii

Dynię zetrzeć na drobnych oczkach tarki. Wymieszać z olejem, siemieniem lnianym i wodą. Pozostawić na kilka minut.

Mąkę przesiać z sodą i solą. Dodać cukier, wiórki kokosowe iorzechy. Połączyć z mokrymi składnikami, dokładnie mieszając.

Tortownicę o średnicy 23 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć do niej masę i wyrównać. Piec 40-50 minut w 180 stopniach, do suchego patyczka.

Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i całkowicie wystudzić, po czym przekroić na dwa blaty.

Otworzyć schłodzoną puszkę mleka kokosowego i stałą część przełożyć do miski. Dodać cukier, wanilię i ubijać kilka minut, aż krem stanie się puszysty. Połowę kremu wyłożyć na pierwszy blat ciasta, przykryć drugim. Resztę kremu rozsmarować na wierzchu.

Przechowywać w lodówce.
Ciasto najlepiej smakuje na drugi dzień.






Dobrze jest czasem porzucić zgiełk miasta i wyjechać do domu. Przekonać się, że moja psica nie mogła stęsknić się bardziej i nawet kotu trochę mnie brakowało, choć za wszelką cenę postanawia tego nie okazywać. W kuchni pachnie świeżo upieczonym chlebem, będącego najpewniej efektem nowych eksperymentów mamy.
Są potrawy na które specjalnie przyjeżdża się do domu. Dania tak tradycyjne, tak mamine, że nie robi się ich samemu, bo wiadomo, że nie będą smakować tak, jak powinny. Choć nie raz mama zaskakuje mnie nowymi specyfikami, jak kefir wodny, hummus wersja 2.0 czy ser migdałowy i zawsze przygotowuje dla mnie zestaw pytań typu "a zgadnij z czego to?", to pozostawia miejsce na klasyczną pomidorową, pierogi (już trochę mniej klasyczne) czy gołąbki (jeszcze mniej klasyczne).
Odwdzięczam się, piekąc ciasto na deser.
Pod koniec weekendu mama pakuje mi starannie obiady na trzy kolejne dni, bochenek chleba z czarnuszką, słoik świeżo ukręconego majonezu sojowego, owsiane ciasteczka, torbę orzechów włoskich od sąsiadki oraz świeże zioła z ogrodu i uznaje, że jestem gotowa do drogi powrotnej.


Przy okazji przypominam też przepis na bijące rekordy popularności na blogu gołąbki z kaszą gryczaną i pieczarkami (klik) oraz, mniej popularne, choć równie dobre, gołąbki z ryżem i soczewicą (klik).


Gołąbki z czerwonej kapusty z tofu i pieczoną papryką

Składniki:
1/2 szklanki kaszy jaglanej
1/2 szklanki kaszy jęczmiennej
1/2 szklanki kaszy gryczanej
1/2 szklanki ryżu
2 duże cebule
1 kostka wędzonego tofu
1/2 słoika pieczonej papryki
2-3 łyżki mielonego siemienia lnianego
1/2 łyżeczki kolendry
1/2 łyżeczki imbiru
1/2 łyżeczki majeranku
1/2 łyżeczki kuminu
1/2 łyżeczki kurkumy
sól
olej do smażenia
1 duża czerwona kapusta


Z kapusty wydrążyć głąb, rozdzielić liście i obgotować.

Do garnka z grubym dnem wsypać wszystkie kasze i ryż, podprażyć, mieszając, a następnie zalać stopniowo 4 szklankami wody. Dodać sól, kolendrę, imbir, majeranek, kumin i kurkumę. Gotować na wolnym ogniu do miękkości, aż woda zostanie całkowicie wchłonięta.

Na patelni rozgrzać kilka łyżek oleju. Cebulę drobno posiekać i smażyć, aż będzie rumiana.

Mielone siemię namoczyć w 4-6 łyżkach wody i pozostawić na kilka minut.

Wymieszać ugotowane kasze z cebulą i siemieniem. Dodać pokrojone w drobną kostkę tofu i pieczoną paprykę (skórkę usunąć).

Z obgotowanych liści kapusty wykroić gruby nerw na środku. Na środek każdego liścia układać kilka łyżek farszu i zawijać. Kilka liści pozostawić.

Dno żaroodpornego naczynia wyłożyć pozostałymi liśćmi kapusty. Gołąbki ułożyć w naczyniu, podlać osoloną wodą lub bulionem warzywnym, na górze ułożyć kolejną warstwę z obgotowanych liści, przykryć i dusić w piekarniku ok. 40 minut w temperaturze 180 stopni.

Podawać ze smażoną cebulką.


Celebruję jesień, piekąc dynie piżmowe i tęczowe marchewki w glazurze. Wydobywam z szałwii jej alter ego.
W planach na coraz to dłuższe wieczory mam przeczytać wszystkie odkładane na później książki, znaleźć idealny zapach kadzideł i polubić się z jarmużem.
Uśmiecham się do nieznajomych, którzy porannym tramwajem wiozą ze sobą jeszcze resztki snu. Ktoś dziękuje za dobre wibracje. Dobrze, że przebiły się przez mgłę.


Makaron z pieczoną dynią i szałwią

Składniki:
1/2 dyni piżmowej
200 g makaronu razowego (u mnie orkiszowy)
2 ząbki czosnku
kilka listków szałwii
kilka łyżek oliwy
sól
pieprz

Dynię obrać i pokroić w kostkę. Przełożyć do naczynia żaroodpornego, polać oliwą, posypać solą, pieprzem i wymieszać. Przykryć folią i piec około 40 minut w 200 stopniach, aż dynia całkowicie zmięknie.

Makaron ugotować w osolonej wodzie. W międzyczasie na patelni rozgrzać oliwę. Czosnek drobno posiekać i zeszklić. Dodać listki szałwii i uprażyć, by stały się kruche i chrupiące. Dodać upieczoną dynię, wymieszać i chwilę podsmażyć. Podlać wodą z gotującego się makaronu (ok. 1/2 szklanki), aby powstał sos.
Ugotowany makaron odcedzić i wymieszać z dynią.





Nie lubię opuszczać bloga na długo, jednak ostatnio mniej mnie tutaj. Rano zbieram się w pośpiechu i zostawiam pół kubka niedopitej kawy, żeby zdążyć na tramwaj. Dzień mija w mgnieniu oka, a wieczorem najczęściej mówię moim kulinarnym planom, że muszą poczekać na weekend.
Nie złoszczę się i nie protestuję, bo widzę, że to nie tylko mi brakuje czasu. To raczej cały świat przyspieszył - świat, który zamiast murzynków częściej wybiera teraz brownie, bo robi się je szybciej. Biegnę dokądś cały czas, zachowując jednocześnie spokój, bo widocznie jest tak, jak ma być. Bo po chwilach wytchnienia przychodzą chwile szaleństwa i odwrotnie. 
Dopóki mam możliwość na chwilkę odetchnąć przy świeżo upieczonym cieście, jest dobrze.


To ciasto nie jest zakalcowate, jak typowe brownie. Mąka kokosowa czyni je nieco lżejszym, za to dzięki cukinii i musowi jabłkowemu jest wilgotne. W smaku bardzo czekoladowe i intrygujące.

Brownie z cukinią (bezglutenowe)

Składniki:
100 g startej cukinii
1 jabłko, starte na mus
1 szklanka wody
4 łyżki zmielonego siemienia lnianego
1/2 szklanki oleju
1 szklanka mąki kokosowej
3/4 szklanki kakao
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki sody
3/4 szklanki brązowego cukru
na polewę
50 g gorzkiej czekolady
kilka łyżek mleka roślinnego
1 łyżeczka oleju kokosowego

Startą cukinię przełożyć na sito i pozostawić na pół godziny, aby puściła sok. Odcisnąć.
Wymieszać ze startym jabłkiem, wodą, siemieniem i olejem. Pozostawić na kilka minut.

W osobnym naczyniu połączyć mąkę kokosową, kakao, sodę, sól i cukier. Suche składniki dodać do mokrych i dobrze wymieszać.

Formę o wymiarach ok. 22x32 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przełożyć do niej otrzymaną mieszankę, równomiernie rozprowadzić i wyrównać.

Piec 20-25 minut w temperaturze 180 stopni. Wyjąć z piekarnika i wystudzić.

Przygotować polewę. W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę, wymieszać z mlekiem roślinnym i olejem kokosowym. Wystudzone ciasto posmarować polewą i włożyć do lodówki, aby polewa zastygła.

Kroić na kwadratowe kawałki i podawać.

źródło przepisu - klik



W tym sezonie dominować będzie fiolet. Projektanci prześcigają się w pomysłach na okrycia wierzchnie w tym kolorze i stawiają na odważne połączenia z czerwienią i zielenią. W kąt idzie monotonia i szaro-bure stroje przypominające o jesiennych słotach. Często występują motywy nawiązujące wyraźnie do darów natury. Choć stawiamy na kolor, zwolennicy klasycznej czerni i bieli także znajdą tu coś dla siebie. Poszukiwacze dobrego smaku również nie powinni być zawiedzeni.


Czarno-biały ryż z grillowanym tofu w miseczkach z czerwonej kapusty

Składniki:
1/2 szklanki czarnego ryżu
1/2 szklanki białego ryżu
1/2 kostki tofu
2 plasterki grillowanej papryki
kilka pomidorków koktajlowych
1/2 awokado
kilka niewielkich liści czerwonej kapusty

marynata do tofu:
2 łyżeczki musztardy francuskiej
2 łyżki oliwy
1 łyżka soku z cytryny
świeże oregano i/lub bazylia
1/4 łyżeczki płatków chili

Przygotować marynatę do tofu, mieszając ze sobą wszystkie składniki. Tofu pokroić na około półcentymetrowe plasterki. Posmarować z obu stron marynatą i zostawić na pół godziny.

Czarny i biały ryż ugotować na sypko (w osobnych garnkach). Ugotowane ryże wymieszać ze sobą i wystudzić.

Tofu zgrillować na patelni z obu stron. Pokroić na podłużne paski. Paprykę i awokado pokroić na plasterki.

Do liści kapusty nakładać po kilka łyżek ryżu, na wierzchu ułożyć tofu, paprykę, pomidorki i awokado. Udekorować szczypiorkiem i oregano.




Kasza jaglana nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Kiedyś to jaglanka była dla mnie szczytem sprytu. Delektując się rano kaszą gotowaną w mleku, z dodatkiem owoców, czułam dumę, że obeszłam system, zdeklasowałam płatki owsiane (choć absolutnie nic do nich nie mam) i ogólnie zgłębiłam wszystkie sekrety jagły. Trwało to jednak nadzwyczaj krótko, bo zaraz potem odnalazły mnie przepisy na jaglane koktajle, placki, budynie, tarty i brownie. I całe szczęście. Dziś częściej myślę w kategoriach "jak coś zamienić, by stało się jaglane", choć wiem, że jeszcze wiele jest do odkrycia.

Ostatnio na blogach zapanowała moda na jaglane serniki. Zazwyczaj staram się nie powielać przepisów, które są już na dziesiątkach blogów, choć nie mam nic przeciwko blogowym modom. Jeśli na piętnastym z rzędu blogu odnajduję tofucznicę, to w ogóle mnie to nie dziwi, bo zwyczajnie jest pyszna i jej obecność na piętnastu blogach jest w pełni uzasadniona. Jeśli widzę, że serca blogerów podbija jaglany sernik, to decyduję się go zrobić, bo wiem, że musi mieć w sobie coś. A potem okazuje się, że ma w sobie bardzo duże coś i zwyczajnie czuję, że powinien się znaleźć i na moim blogu.


Sernik jest idealnie gładki i ma kremową konsystencję, zaś jego słodycz łagodzi porzeczkowa galaretka. Sezon na porzeczki niestety już na nami, ale z powodzeniem można zastąpić je malinami.

Jaglany sernik na zimno z galaretką porzeczkową

Składniki:
spód
2 szklanki kaszy jaglanej
6 szklanek wody
2 szklanki mleka kokosowego
2 łyżki agar agar
1/2 szklanki cukru
2 łyżki śmietany kokosowej
1 łyżeczka ekstraktu lub pasty z nasion wanilii

wierzch
700 g czarnych porzeczek
1/4 szklanki cukru
2 łyżeczki agar agar

W garnku zagotować 6 szklanek wody. Kaszę dobrze wypłukać na sitku, po czym przelać wrzącą wodą. Wrzucić do wody i gotować, aż wchłonie cały płyn i stanie się bardzo miękka.

W międzyczasie do innego garnka wlać mleko kokosowe, dodać agar agar i zagotować. Pogotować parę minut, cały czas mieszając.

Ugotowaną, gorącą kaszę połączyć z mlekiem, cukrem, śmietaną i wanilią. Zmiksować na gładką masę. Przełożyć do tortownicy o średnicy 23 cm, wyrównać i włożyć do lodówki.

Szklankę porzeczek odłożyć, zaś resztę umieścić w garnku i gotować z cukrem, aż puszczą sok. Przetrzeć przez sito, aby pozbyć się pestek i skórek. Płynną część ponownie zagotować, dodając agar agar.
Lekko przestudzić, uważając, by galaretka nie stężała całkowicie (będzie się to działo szybko).

Na jaglanym spodzie ułożyć odłożone wcześniej porzeczki. Całość zalać tężejącą galaretką i ponownie włożyć do lodówki, do całkowitego stężenia.



Ściany mojej kuchni zdobią zdjęcia popełnionych dotychczas ciast i ciasteczek. Strategicznie wiszą nad zlewem, by umilić zmywanie naczyń. Historię każdego z tych wypieków pamiętam dokładnie - kiedy, jak i dlaczego powstał - odpowiem bez zawahania, nawet w środku nocy. 
Im dłużej na nie patrzę, tym bardziej uświadamiam sobie, że żadna z tych historii nie traktuje tak naprawdę o jedzeniu. To opowieści o pasji, o sztuce, o ważniejszych i mniej ważnych świętach, o wyjątkowych gościach, o dzieleniu się i wyrażaniu uczuć. To prośby "upiecz mi to raz jeszcze", dywagacje nad najlepszą tartą i wnioski, że z kruszonką wszystko smakuje lepiej. To długie i krótkie dystanse, maratony i sprinty, rzeźbienie mięśni przy zagniataniu ciasta, ćwiczenie cierpliwości przy jego wyrastaniu, precyzji przy dekorowaniu i silnej woli przy konsumpcji. Zaskoczenia i rozczarowania, radość i duma. I świadomość, że jeszcze tyle jest do odkrycia.
Przecieram ze zdumienia oczy, że tylko kilka machnięć łyżką spowodowało narodziny tego ciasta. Mimo tego jest idealne - słodko-kwaśne, owocowe i letnie. Polecam amatorom sprintu i porzeczek.


Krajanka z czarną porzeczką

Składniki:
spód
190 g mąki
165 g brązowego cukru 
160 g drobnych płatków owsianych
120 g oleju
3/4 łyżeczki soli 
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki cynamonu

wierzch
500 g czarnych porzeczek
40 g brązowego cukru
skórka otarta z jednej cytryny
1/2 łyżeczki cynamonu
2 łyżki mąki

Mąkę, cukier, płatki owsiane, sól, proszek do pieczenia, sodę i cynamon wymieszać. Dodać olej i zagnieść ciasto (nie będzie idealnie zwarte, ale to nie szkodzi).

Formę o wymiarach 24x32 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Spód wylepić ciastem, pozostawiając 1 szklankę ciasta na kruszonkę. Podpiec 15 minut w 180 stopniach.

W międzyczasie porzeczki oberwać z gałązek i umyć. Wymieszać je z cukrem, skórką z cytryny, cynamonem i mąką. Wyłożyć na podpieczony spód, po wierzchu posypać kruszonką i piec jeszcze 30-40 minut.

Kroić dopiero po całkowitym wystudzeniu.




Każdą komórką ciała chce się chłonąć promienie słońca. Garściami zrywa się z krzaków maliny, zachłannie, póki jeszcze są. Z polnych kwiatów układam bukiety, bo nie ma się dokąd spieszyć.
Do nóg łasi się kot, który czasem, całkiem od niechcenia, muśnie mnie swoim chropowatym języczkiem, po czym znika w trawie, bo czeka na niego tyle ważnych kocich spraw.
Dobrze przyjechać do domu.
Zanim wrócę do swoich obowiązków wraz z początkiem nowego tygodnia, przypomnę sobie, jak celebrować chwile i zrobię ciasto z niemiłosiernie barwiącymi jagodami. Podziękuję w duchu twórcy pierwszej tarty i nie zapomnę oczywiście o wynalazcy czekolady. A potem zapakuję te wszystkie chwile do walizki, bo całkiem sporo potrafię podnieść, i ruszę z powrotem.


Tarta z kremem czekoladowym i jagodami

Składniki:
spód
1 i 1/4 szklanki mąki
2 czubate łyżki kakao
1/4 szklanki brązowego cukru pudru
1/3 szklanki oleju
kilka łyżek wody
krem
100 g gorzkiej czekolady
2 banany
1 łyżka oleju kokosowego
dodatkowo
200 g jagód

Mąkę wymieszać z kakao i cukrem. Dodać olej i zarobić gładkie ciasto, w razie potrzeby dodając wodę. Schłodzić pół godziny w lodówce.

Schłodzonym ciastem wylepić tartownicę o średnicy 24 cm. Piec około 20-30 minut w 180 stopniach. Wystudzić.

Czekoladę roztopić w kąpieli wodnej razem z olejem kokosowym. Banany rozgnieść widelcem na gładko lub zmiksować i połączyć z czekoladą.
Krem wylać na upieczony spód, na wierzchu ułożyć jagody i schłodzić w lodówce.

Ciasto najlepiej smakuje na drugi dzień, kiedy spód staje się miękki.



Lody nigdy nie smakowały lepiej. Zrobione własnoręcznie, w stu procentach roślinne, ze świeżych, zrywanych wprost z krzaków owoców. Intensywnie malinowe, z porzeczkowym sosem, są kwintesencją lata. I bardzo poważną konkurencją dla tradycyjnych lodów na mleku.

Jaki jest sekret idealnych wegańskich lodów?
- przede wszystkim odpowiednia baza, która powinna być tłusta, gdyż to tłuszcz odpowiada za kremową konsystencję. Najlepiej sięgnąć po mleko kokosowe lub migdałowe. Świetnie sprawdzi się tu także awokado, jak również banan i oczywiście niezastąpione tofu
- co do pozostałych dodatków, ograniczeniem jest tylko nasza wyobraźnia. Możemy wzbogacić nasze lody o owoce, kakao, czekoladę, kawę, ciasteczka, bakalie, miętę i co tylko przyjdzie nam do głowy :)
- konsystencję lodów poprawi także inulina lub skrobia kukurydziana
- lepiej nie używać słodzików w płynie (np. syropu z agawy), gdyż po zamrożeniu przyjmie postać kryształków
- aby lody nie zamarzały na kamień, można dodać odrobinę alkoholu
- i najważniejsze - nie trzeba mieć maszyny do lodów! Jednak gdy lody się mrożą, warto przemieszać je mniej więcej co godzinę, aby rozbić kryształki lodu

Zachęcam gorąco do własnych eksperymentów :) Przypominam też nasze poprzednie przepisy na lody:
- lody truskawkowe na mleku kokosowym
- lody jagodowo-bananowe
- lody bananowe z masłem orzechowym i czekoladą

A tymczasem zapraszam po przepis na mojego nowego faworyta - marmurkowe lody malinowe z porzeczkowym sosem.


Lody malinowo-porzeczkowe


Składniki:
lody malinowe
1 puszka mleka kokosowego, schłodzonego w lodówce minimum 24 godziny
500 g malin
1/4 szklanki cukru (lub do smaku)
1 łyżeczka inuliny (opcjonalnie)
2 łyżki soku z buraka (opcjonalnie, dla koloru)
2 łyżki likieru np. wiśniowego (opcjonalnie, ale warto)

sos porzeczkowy
100 g czarnych porzeczek
2-3 łyżki cukru

Maliny umieścić w garnuszku i gotować z cukrem, aż puszczą sok i rozpadną się. Przetrzeć przez gęste sitko, aby pozbyć się pestek. Całkowicie wystudzić.

Otworzyć puszkę z mlekiem kokosowym i delikatnie wyjąć stałą część. Dodać przecier malinowy, inulinę, sok z buraka, likier i wymieszać. Włożyć do zamrażalnika na około 4-5 godzin. W międzyczasie przemieszać lody kilka razy.

Gdy lody się mrożą, przygotować sos porzeczkowy. Porzeczki umieścić w garnuszku i - podobnie jak maliny - gotować z cukrem, aż puszczą sok i lekko odparują, po czym przetrzeć przez sitko. Wystudzić.

Kiedy lody są już zmrożone, dodać sos porzeczkowy i kilkoma sprawnymi ruchami wymieszać, aby nie połączył się całkowicie z lodami, tylko nadał im marmurkowy efekt.

Włożyć do zamrażalnika na kolejną godzinę, po czym podawać.

*gdy lody mrożą się przez dłuższy czas, stają się bardzo twarde, dlatego też trzeba wyjąć je z zamrażalnika około pół godziny przed konsumpcją