Z góry przepraszam wszystkich, którzy nie przepadają za indyjskimi smakami, ale znowu będzie curry. Postanowiłam nie pisać po raz n-ty, że warzywa w mleku kokosowym wywołują u mnie większą ekscytację niż czekolada, że gdyby zbliżała się zagłada tego świata i mogłabym wybrać kilka rzeczy, które ocaleją, to jedną z nich byłyby z pewnością indyjskie przyprawy i że nie mogę lecieć do Indii, bo nie umiałabym tam odejść od stołu. Przecież to wszystko już wiemy. Będzie za to pochwała kalafiora.


Lubiany przez ludzi i koty (przynajmniej mojego), kalafior zawojował nasze kuchnie jako główny składnik jarzynowej zupy lub - przykryty dużą ilością tartej bułki - jako dodatek do drugiego dania. Jednak to warzywo ma dużo większy potencjał. Można zrobić z niego purre lub kotlety, wytworny krem, sos do makaronu, spód do pizzy, ciasto, pakorę lub właśnie curry.
Kiedyś przygotowywałam curry z ziemniaka, kalafiora i ciecierzycy, które wyjątkowo mi smakowało i warto spróbować także tego połączenia, ale kalafior ma naturę samotnika, lubi być na pierwszym planie, więc dajcie mu najpierw szansę sprawdzić się solo.


Curry z kalafiora

Składniki:
1 nieduży kalafior
1 puszka mleka kokosowego
1 papryczka chili
3 ząbki czosnku
2-cm kawałek korzenia imbiru
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka mielonej kolendry
1 łyżeczka kuminu
1/3 łyżeczki mielonego kardamonu
szczypta cynamonu
sól
oliwa

Kalafiora podzielić na różyczki. Większe przekroić na pół.

Oliwę rozgrzać na patelni. Czosnek i papryczkę chili drobno posiekać, imbir zetrzeć i krótko podsmażyć. Dodać kurkumę, kolendrę, kumin, kardamon i cynamon. Smażyć minutę, cały czas mieszając. Dodać kalafiora i dobrze wymieszać z przyprawami. Wlać mleko kokosowe, posolić i dusić pod przykryciem, aż kalafior zmięknie.

Podawać z ryżem.




Gdy większość dokądś biegnie, ja przystaję. Lubię mieć na wszystko czas, także na to, żeby nie robić nic. Z perspektywy życia w stylu slow postrzegam świat inaczej, pozwalam życiu płynąć niezakłóconym rytmem, wsłuchuję się w siebie. Z obojętnością spoglądam na rywalizację kto pierwszy, kto szybszy, kto więcej. Bez żądań i oczekiwań patrzę, co niesie każdy dzień. Bez napiętego grafiku, bez "muszę" i "nie mogę", ze spokojem obserwuję, jak czas staje w miejscu i dociera do mnie, że nie potrzebuję wiedzieć, co wydarzy się za chwilę. Ufanie drodze, która odsłania się przede mną, przedkładam nad snucie misternych planów na przyszłość.

Czasem przychodzą złote myśli i drobne olśnienia, których pewnie nie wychwyciłabym, gdybym nie miała czasu słuchać. Zdarza się, że dotyczą kwestii istotnych, jak wybór życiowej drogi, choć bywa, że są całkiem błahe, jak pomysł na to ciasto, który przytrafił mi się gdzieś pomiędzy myśleniem o niebieskich migdałach a rozważaniami nad rabarbarowym wypiekiem. I jedne, i drugie olśnienia nadzwyczaj cenię, bo stanowią dla mnie dowód na to, że rozwiązania są zawsze w zasięgu ręki, wystarczy się na nie otworzyć.

Powolne życie nie może obyć się bez powolnego jedzenia, bez samodzielnego gotowania i pieczenia. I w moim subiektywnym odczuciu, nie może się obyć bez podwieczorku przy filiżance kawy i kawałku migdałowego ciasta z rabarbarem - takim, jak to. Dodatek mielonych migdałów do ciasta nadaje mu oryginalny smak, zaś mus jabłkowy - wilgotność. Do tego długo wyczekiwany przeze mnie rabarbar, cynamon i płatki migdałowe. Będziecie zachwyceni!
Uprzedzam tylko, że ciasto nie całkiem wpisuje się w kategorię slow, bo znika błyskawicznie. ;)


Migdałowe ciasto z rabarbarem

Składniki:
200 g rabarbaru
150 g migdałów (bez skórki)
70 g mąki pszennej
1 łyżeczka sody
80 g brązowego cukru + 1 łyżka do posypania po wierzchu
1/2 szklanki oleju
1 łyżka octu jabłkowego
2 kopiaste łyżki musu jabłkowego
2 łyżeczki cynamonu
3 łyżki płatków migdałowych

Migdały zemleć na mąkę. Wymieszać z mąką pszenną, sodą i 1 łyżeczką cynamonu. W osobnym naczyniu połączyć cukier, olej, ocet i mus jabłkowy. Dodać do mąk i dobrze wymieszać.

Tortownicę o średnicy 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto i równomiernie rozłożyć.

Rabarbar obrać i pokroić na plasterki. Ułożyć gęsto na wierzchu ciasta, posypać cukrem, 1 łyżeczką cynamonu i płatkami migdałowymi.

Piec około godziny w 180 stopniach.




Laksa to właściwie zupa. Zupa o wielu twarzach. Inaczej przyrządza się ją w Singapurze, inaczej w Malezji, a jeszcze inaczej w Tajlandii. Elementem wspólnym wszystkich laks jest jednak makaron ryżowy oraz bulionowa baza z dodatkiem mleka kokosowego lub tamaryndowca.
Podstawą laksy jest pasta na bazie papryczki chili, świeżego imbiru, czosnku, trawy cytrynowej oraz przypraw, często także z dodatkiem orzechów nerkowca, galangalu czy liści limonki kaffir.

Moja laksa to nieco zmodyfikowana wersja popularnego azjatyckiego dania. Najbliżej jej do tajskiej wersji, jednak zrezygnowałam z bulionu, dusząc warzywa jedynie w mleku kokosowym i podałam je z dodatkiem gryczanego makaronu soba.

Nie mogę zdecydować, co jest najfajniejsze w tej thai laksie - czy to, że mimo niepozornego wyglądu kryje w sobie tyle wyrazistych smaków, czy to, że można sobie ją obficie podlać mlekiem kokosowym, czy może to, że bardzo się lubi z delikatnymi makaronami, jak makaron ryżowy lub właśnie makaron soba. Oceńcie sami :)


Thai laksa z tofu i makaronem soba

Składniki:
150 g makaronu soba
1 kostka tofu
1 cukinia
1 duża marchewka
1 cebula
3 ząbki czosnku
3-cm kawałek świeżego imbiru
1 papryczka chili
1 łodyga trawy cytrynowej (opcjonalnie)
sok z połowy limonki
1 łyżeczka kurkumy
2 łyżki sosu sojowego
1 szklanka mleka kokosowego
2 łyżki oliwy

Cebulę, czosnek, imbir, chili, trawę cytrynową, sok z limonki, kurkumę i sos sojowy zmiksować na gładką pastę. Na patelni rozgrzać oliwę. Dodać pastę i podsmażyć kilka minut, mieszając.

Marchewkę i cukinię pokroić za pomocą obieraczki do warzyw na długie cienkie plasterki. Wrzucić na patelnię i dobrze wymieszać z pastą. Całość podlać mlekiem kokosowym i dusić, aż warzywa zmiękną.

Pod koniec duszenia warzyw, dodać pokrojone w kostkę tofu i delikatnie wymieszać.

Makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

Tak, już gotowe! :) Thai laksę podawać z makaronem.